Od pomysłu do finalnego efektu: 5 wersji jednej sukni | Kristola

Jak wyglądają zazwyczaj przygotowania do poszukiwań sukni ślubnej? Bardzo często poprzedzone są niekończącym się zbieraniem inspiracji. Zobaczy się jakąś suknię na Instagramie, inną na fejsbukowej grupie, jeszcze inną gdzieś tam – i w głowie niemal automatycznie zaczyna kiełkować wyobrażenie o tej idealnej.

Dzisiaj opowiem Wam historię nie zasłyszaną, nie o którejś z moich klientek – ale moją własną. 🙂 Nie zwiedziłam zbyt wielu salonów. Ba! Nie wybrałam się do żadnego, od początku znałam swój cel i pojechałam do Bydgoszczy, do Kristoli. Jechałam z prostym zamierzeniem: koronkowa, delikatna, maksymalnie prosta góra i muślinowy dół. Delikatnie, bez zbędności. Tyle w temacie.

***

Przymierzyłam! I… oklapłam totalnie. Nie wyglądałam w niej, nie czułam się, coś mi nie pasowało. Ola, która nie ma w zwyczaju czarować ani zwodzić swoje klientki – potwierdziła, że w tej sukni znikam, wyglądam nijako.

Ups! A drugiej opcji, najmniejszej nawet alternatywy, zwyczajnie nie miałam. Zaczęły się więc poszukiwania pośród wieszaków!

Drugą mierzoną była suknia dwuczęściowa. Biżuteryjna koronka, dekolt z przodu i na plecach, ołówkowa mała biała. Na to długa biała spódnica, obszerna, choć jednowarstwowa. Bez przekonania ją włożyłam i… to była TA!

Absolutnie inna. Taka, obok której przeszłabym normalnie obojętnie, ewentualnie skwitowała krótkim: to nie dla mnie. Mierząc ją, miałam na sobie wysokie obcasy bo była za długa, docelowo miała być do płaskich butów.  Miała też za duży dekolt, wiadomo – za duży rozmiar, to i dekolt niedopasowany.

Argument najbardziej do mnie przemawiający? Włożę ją jeszcze nie jeden raz! W wersji małej białej mogłabym pójść w niej na rocznicową kolację z mężem, gdyby zarzucić na to marynarkę lub kardigan, ewentualnie na jakąś imprezę inną niż czyjś ślub. Zostawić sobie suknię ślubną i jeszcze móc ją używać? No, bajka!

Z tą decyzją pozostałam, umowę podpisałam, wróciłam do Wrocławia i nosiłam się z pewną myślą: a co, gdyby tak dół zmienić na muślin jednak? Zmienić tylko długą spódnicę? A może spódnicę z rozcięciem? W sumie pod spodem i tak jest krótka sukienka, miałoby to swój niedopowiedziany urok! Podobne myśli nie dawały spokoju, oj nie dawały!

O swoich pomysłach i wątpliwościach powiedziałam niezastąpionej, przekochanej Oli a ta… zamiast dać mi ten muślin do przymierzenia, przyniosła spódnicę z trzech warstw tiulu! Noł łej, dla mnie tiul? Serio? Ja taka anty-bezowa, anty-księżniczkowa, anty-obszernościowa i TIUL?! Ale że Oleńce ufam – przymierzyłam. I wiecie co? Totalnie przepadłam. Tak jak wcześniejszy wybór to była TA, tak teraz, w tym zestawieniu – to była TA razy milion.

Do tego krótka sukienka ołówkowa przeszła rewolucję w rozkloszowaną, do tego dodałyśmy rękawki i miałam dokładnie to, czego wcześniej nie brałam pod uwagę a co okazało się… trafione w sedno. Tak naprawdę każdy element tej sukienki miał znaczenie.

Rękawki – bo nie lubię odkrytych ramion.

Błyszcząca koronka – by dodać zadziorności tej skromności.

Odpinany dół – by suknię jednym ruchem zmienić w zwiewną małą białą.

Dodatkowa krótka haleczka pod małą białą – do pierwszego tańca, by dodać efektu.

Powyższe zdjęcia to jakieś tam migawki z przymiarek, w różnych butach, nierzadko bez makijażu, w niedbałym koczku, robione zazwyczaj „bez głowy” – bo po co inaczej? 😉 Zapewne każdy wyczekuje teraz efektu osiągniętego… w dniu ślubu. A więc:

Do kościoła oczywiście poszłam w długiej, tiulowej wersji, na wierzch zarzuciłam bordowy, cieniutki kardigan (H&M), pod spód… bordowe baleriny (New Look), dzięki czemu suknia była ociupinkę dłuższa niż do butów tanecznych, pod które ostatecznie była szyta. Dzięki temu tiul delikatnie spływał po podłodze, co jakoś tak… rozczulało? Sukienka pod spodem trochę mi podjechała, zmarszczyła się (co chyba widać) ale totalnie się tym nie przejmowałam, podejrzewam że nikt – do tego momentu, gdy to przeczyta tutaj – tego nie zauważył. 

(na zdjęciu widać dłoń zaciskającą się na kardiganie, gdy w głowie kotłowało: wdech, wydech, nie płacz!)

Pierwszy taniec? Time of my life, Dirty Dancing, pudroworóżowe buty taneczne ze złotymi paseczkami, zwiewna mała biała, z dodatkową halką pod spodem, podwinięte rękawy koszuli i niemałe chyba show. Z końcem nawet wzruszenie i duma – bo #zrobiliśmyniemożliwe, bardziej dla siebie, bardziej z przekory.

Mogłabym poczekać na cały reportaż z dnia ślubu, wybrać więcej zdjęć ALE wiem, że teraz wiele przyszłych Panien Młodych o tej porze roku zaczyna szukać sukni ślubnej na przyszły sezon. Ola z Kristoli wprowadziła dla mnie pierdyliard poprawek w pierwowzorze sukni, umawiała się na przymiarki o nieprzyzwoitych weekendowych porach – bym mogła z Wrocławia dojechać do Bydgoszczy bez uszczerbku na mojej codzienności. Dzień przed ślubem to ona przyjechała z Bydgoszczy i doszywała detale w hotelowym pokoju!

Przez te wszystkie miesiące, aż do ostatniego dnia – czułam się maksymalnie zaopiekowana. Wiem, że Ola nie wypuściłaby mnie w sukni, którą chciałam wybrać jako pierwszą. Nie wcisnęłaby mi kitu, że wyglądam pięknie – pdoczas gdy wyglądałam jak ofiara losu i parówka w jednym – byleby sprzedać. Z czystym sumieniem poślę tam każdą niezdecydowaną Pannę Młodą. I ręczę za Olę całym serduchem!

Zdjęcia: Lady Amarena Photography oraz ja 😉

Salon i suknia: Kristola, ul. Kijowska 84, Bydgoszcz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *