#zrobiliśmyniemożliwe Justyna i Rafał

To będzie jedna z tych fajnych historii, które zaczynają się zadaniem trudnym w cholerę a kończą fajną znajomością na lata. Tym razem właśnie tak było. Justynę i Rafała poznałam przypadkiem i już od początku było trudno. 😉

Jak się później okazało, często widywałam na spacerach ich… dzieci. Bowiem moja parka miała w domu dwuletnie bliźniaczki. Dwie urocze dziewczynki, które spotykałam niejednokrotnie na placach zabaw, podczas spacerów ze swoim synem. Bo byliśmy sąsiadami. Bliskość mogła być tylko plusem, zdecydowanym!

Koordynacja inna niż wszystkie.

Na pewno na naszą niekorzyść początkowo działał czas (do ślubu został nieco ponad miesiąc) oraz ilość spraw, która wcześniej była niedograna lub zwyczajnie pominięta. Z biegiem kolejnych dni, udawało się odhaczać kolejne braki i kłopoty, w końcu wszystko było dopięte na ostatni guzik. W międzyczasie towarzyszyłam w przymiarkach sukni, lekcjach pierwszego tańca, obalałam mity i z przyjemnością obserwowałam, jak tworzy się ślub i wesele dyktowane potrzebami Młodej Pary, nikogo innego. Tak jak lubię. Po swojemu!

W dniu ślubu wrzuciłam kobaltową (pod kolor przewodni wesela, zgodnie z wizją Panny Młodej) sukienkę do samochodu i popędziłam po Justynę, żeby zabrać ją na spokojne śniadanie w ulubionej kawiarni. W międzyczasie cały czas byłam w kontakcie SMS-owym z Panem Młodym i przejmowałam na siebie ogrom stresu, wierzcie lub nie. Kolejny punkt dnia był nieco odmienny niż standardowo. Zazwyczaj siedzę i dotrzymuję towarzystwa, podczas gdy Panna Młoda jest przygotowywana. Tutaj – na jej życzenie – ja również byłam czesana. Siedziałyśmy więc sobie w salonie, przy kawce i w atmosferze absolutnego chilloutu. Moim zadaniem było odpędzać wszelkie negatywne myśli od naszej bohaterki, zajmując ją samymi przyjemnymi tematami. I szło naprawdę nieźle! Byłam z nią od samego rana aż do przyjazdu Pana Młodego, w międzyczasie nieustannie doglądając przygotowań na sali i w kościele.

Czasem trzeba coś poprawić.

I tym razem nie było inaczej. Na chwilę przed rozpoczęciem mszy… zwijałam stary dywan, który został rozłożony z niewiadomych powodów w kościele. Biegałam też z nożyczkami i skracałam za długie mieczyki w dekoracji. Gdy wszystko było już gotowe, musiałam tylko dopilnować by Pan Młody pod kościołem nie obrócił się zbyt szybko. By #firstlook był udany. Niestety fotograf nie uchwyciła tego… Dlatego nie mogę tutaj pokazać tego wzruszenia i emocji. A szkoda!

Podniosły charakter mszy, śpiew Panny Młodej Hallelujah dla Pana Młodego, radosny gwar i urok roztaczane przez ich dzieci. Emocje, jakich mało. Piękno, którego trzeba szukać zawsze. Och! I ten pierwszy taniec. Justyna w koronkowej, obcisłej sukni, schodząca po schodach, Rafał w tłumie gości, okalających parkiet. A z głośników wybrzmiewa ich ulubiona piosenka.

Nothing else matters

Tak, tak. Kawałek Metallici. Dołożymy do tego trochę ciężkiego dymu, pozytywnego zdziwienia gości i klimat gotowy! Było pięknie. Na zdjęciach dopiero zobaczyłam, że cały ich pierwszy taniec trzymałam dłonie zaciśnięte na szczęście. 🙂 Takie emocje!

Dla takich ślubów i wesel warto być wedding plannerem. Bo wiecie – kolor winietek i kwiatów jest ważny, tak samo jak dobre jedzenie i muzyka. Ważne jest miejsce i pomysł. Ważne jest trzymanie ręki na pulsie. Ale absolutnie najważniejsze jest coś, czego nawet najlepszy konsultant ślubny, nie zastąpi. Ludzie. To ludzie tworzą śluby. A ja tych ludzi i te emocje, niezmiennie uwielbiam.

photo: photo Dream

Innych zainteresowało też:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *